Rzeki i wodospady

Dzisiaj spróbujemy uchwycić w kadrze jeden z najbardziej nieposkromionych żywiołów - wodę. Nadeszło upragnione przez wszystkich lato. Słońce naprzemian z deszczem skutecznie urozmaica nam wakacyjne dni. I choć deszczu mamy już aż nadto - w tym numerze kilka słów o fotografowaniu rzek i wodospadów. Zaczniemy jednak filozoficznie...

Heraklit z Efezu już wieki temu powiedział: Panta rhe kai ouden menei - wszystko płynie i nie pozostaje takie samo. Ponoć Platon do końca swoich dni utrzymywał, że Heraklit użył stwierdzenia: Panta chorei, czyli wszystko się porusza. Zostawiając za sobą dywagacje filozofów pomyślmy: jeśli coś co płynie lub porusza się, to jak można to uchwycić w kadrze naszego obiektywu, w taki sposób aby ostrość płynnie współgrała z zarejestrowanym ruchem wody?

Do niezbędnika musimy zaliczyć przede wszystkim aparat z możliwością ustawiania przysłony oraz czasu naświetlania. Wartość przysłony pozwala nam, oprócz regulowania ilości światła, zmieniać głębię ostrości. Dzięki krótkiemu czasowi naświetlania możemy uzyskać efekt "zmrożenia" na przykład przy spadającej kropli. W przypadku długiego czasu - efekt jednolitej wody spadającej z wodospadu. Kolejnym elementem naszego niezbędnika jest statyw. Trzeba pamiętać, że nawet najmniejsze poruszenie może zepsuć wymarzoną kompozycję. Tak uzbrojeni ruszamy w plener!

Podczas jednej z pierwszych podróży po Skandynawii Marcin opowiadał poznanemu Szwedowi o swoich wrażeniach z wizyty nad NAJWIĘKSZYM wodospadem w Szwecji - nie omieszkał pochwalić się zdjęciami, z przejęciem relacjonując zapierające dech w piersiach i przytłaczające swym ogromem masy wody spadające z tak dużej wysokości. Obserwując swojego rozmówcę, doszedł jednak do wniosku, że czeka on na jakąś anegdotkę bądź jakiekolwiek rozwinięcie akcji... Kiedy nic takiego nie nastąpiło, Szwed uśmiechnął się i powiedział Woda... spada z góry... i co w tym nadzwyczajnego? I tym się właśnie różnimy.

Mało kogo stać na prawdziwą obojętność w obliczu prawdziwego piękna, chyba że wpisało się ono na stałe w element codziennego krajobrazu. I tego było nam dane doświadczyć. Pierwsze dni podróży po Skandynawii były bardzo długie. Co kilometr to inny zachwycający widok - piękny wodospad lub spokojne, położone w sielskiej scenerii jezioro. Nad każdym z nich chcieliśmy zatrzymać się choć na chwilę, by zrobić zdjęcia, napić się kawy, rozpalić ognisko lub po prostu podziwiać te wspaniałe dzieła natury. W miarę upływu czasu znajome krajobrazy może nie tyle powszedniały, co traciły na swojej wizualnej atrakcyjności. Na szczęście przemierzając Szwecję, Finlandię i Norwegię, widzieliśmy, jak krajobrazy zmieniały się niczym w kalejdoskopie. Nie zatraciliśmy więc owego świeżego spojrzenia.

Agnieszka Krysiak